Geoblog.pl    Archi    Podróże    Maroko, czyli klątwa flaminga uderza po raz drugi.    Uwaga na nisko przelatujące flamingi.
Zwiń mapę
2014
29
sty

Uwaga na nisko przelatujące flamingi.

 
Maroko
Maroko, Taddart
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 405 km
 
Zaczynają się góry, a my wciąż w dobrych nastrojach posuwamy się na południe. Kawka przy drodze, fotki na poboczu – luz, wakacje i świetny humor. Może tylko mandarynek zaczyna brakować, ale to przeżyjemy. Zaczyna się ochładzać, ponownie zaczyna padać deszcz, później śnieg z deszczem, śnieg.. Cieszymy się jak dzieci – Afryka i śnieg … idioci ;-) Śnieg zaczyna padać coraz mocniej, wycieraczki pracują w pocie silniczków … Nie przeczę, wygląda to trochę surrealistycznie – na poboczu zarośla opuncji pokryte coraz grubszą warstwą śniegu. Dojeżdżamy do Taddart i stajemy w ogonku samochodów. Posuwamy się do przodu bardzo wolno – nie wiemy że tak naprawdę każde kilka metrów to po prostu samochód który zawrócił. Wciąż jeszcze humory dopisują bo przecież to niecodzienna okazja porzucać śnieżkami w czasie wakacji w Maroko. Samochody stoją, wycieraczki i dmuchawy pracują pełną mocą, jeszcze mamy nadzieję że za chwilę ruszymy. Tak jakoś zupełnie nam uciekło że śnieg+droga+góry …to mogą być kłopoty. Wybawiwszy się na śniegu postanawiam sprawdzić jak daleko sięga korek. Okazuje się że całkiem blisko, może 200-300 metrów dalej drogę zamyka szlaban. Mężczyzna ubrany w strój zbliżony do jakiegoś munduru, po lingwistycznych wygibasach, oświadcza „Insz Allach” – czyli w tym przypadku że szlaban zostanie otwarty kiedy przestanie padać śnieg a to nastąpi według prognoz pogody „Insz Allach”, czyli może za dwa dni a może „Insz Allach”. Rączki bolały od rozmowy a serce kipiało gniewem – ledwo pada a tu takie problemy. No ale trudno – z władzą się nie dyskutuje, władzy się słucha. Zwłaszcza kiedy mówi po arabsku i ma karabin ;-). Ten co prawda karabinu nie miał, ale „Insz Allach” trzy razy w jednym zdaniu przekonało mnie że facet wie co mówi. Wracam do samochodów – tu następuje krótka narada i zapada decyzja że ratujemy wyjazd czyli uciekamy na ciepłe wybrzeże. Zawracamy na północ… no ale nie na darmo flamingi zacierały różowe skrzydełka … Flamingi i pelikany to potwory które przynoszą nieszczęście. Gdzieś tam wcześniej Grażdanka zapytała – a pamiętasz jak ble ble ble flamingi ble ble ble? Pamiętam, cholera, pamiętam. A może to było – o, w Quarzazate flamingi ble ble ble? Nienawidzę flamingów, one zwyczajnie przynoszą mi pecha. Flamingi, Grażdanka, ja i samochód to połączenie bardzo kiepskie. Poprzednim razem kiedy flamingi zostały wywołane do tablicy skończyło się to zakopaniem samochodu w błocie, na środku wyschniętego podobno jeziora …z 10 kilometrów od najbliższej cywilizacji, na dzień przed wylotem do domu. Kiedy Bóg jeden wie jakim cudem wykopaliśmy się z błota wyglądałem jakbym brał udział w zapasach błotnych. No ale wtedy był dzień i było ciepło. Teraz po przejechaniu kilku kilometrów stajemy w stadzie zakopanych w śniegu samochodów. Wciąż pada śnieg, samochody przed nami malowniczo poustawiane wzdłuż i w poprzek drogi, po jednej stronie ściana po drugiej stromizna opadająca kilkadziesiąt a czasami kilkaset metrów w dół… Jest super – zimno, mokro, zaczyna się ściemniać, góry i … idioci w samochodach. Nasze dwie rakiety mają oczywiście letnie opony, w dodatku prawie bez bieżnika. Ale to co wyprawiają inni… Jest nas sześcioro, trzech facetów i trzy baby co to żadnej pracy się nie boją. Trzeba w śniegu samochód pchać pod górę to pchamy – na zmianę raz jeden raz drugi. Samochody niewielkie to i jakoś to idzie, ale przed nami są kierowcy w terenówkach których pchnąć się nie da, w dodatku zazwyczaj to miejskie terenówki z gładkimi laczkami, napędem na jedną oś i miejskim kierowcą co śnieg widział tylko w TV. No i tacy goście zazwyczaj stoją na środku drogi, siedzą sobie ciepełku i czekają aż ktoś ich wypchnie. Ani ich ominąć z prawej, ani z lewej …. Wrrrrrr! Wspólnie wypychamy wielkie Audi – kierowca gazuje, jego jedyny pasażer trochę pomaga pchać … wypychamy go … podjeżdża sto metrów i … zatrzymuje się żeby zabrać pasażera … wrrrrr! Oczywiście już nie rusza… Znowu pchamy, tu jakiś samochód dostawczy ze zgrają pasażerów … my pomagamy, nam pomagają… Po jakimś czasie już tylko dziewczyny pchają – ha, mówiłem że żadnej pracy się nie boją: ja walczę za kierownicą jednego samochodu, Włodek w drugim a Rafał …taaa, Rafał ratuje marokańskiego holendra co to ledwo zrobił prawo jazdy i już wybrał się w góry z ciężarną żoną, śnieg na drodze widzi pierwszy raz a w dodatku kończy mu się paliwo. To musi być całe stado wrednych flamingów! Buty już całe przemoczone, w nogi zimno w całą resztę też, śnieg już jest wyślizgany – to nie wygląda ciekawie. Ostatnia próba – grupa Marokańczyków pcha samochód a dwóch biegnie po obu stronach podkładając pod koła samochodowe dywaniki, ot tak, żeby choć trochę przyczepności złapać. Ale to już koniec – samochód tańczy na drodze ale na tych oponach nie jest w stanie podjechać już nawet kawałka. Dupa zbita – na szczęście jesteśmy przygotowani do noclegu w górach. Staję samochodem tak żeby nie blokować drogi ale i nie oberwać jakimś spadającym z góry kamieniem i zaczynam się psychicznie przygotowywać do nocowania w samochodzie: mamy puchowe śpiwory, paliwa też sporo, jedzenie jest, wino też – nawet całkiem dobrze schłodzone ;-) – damy radę. I gdy już pogodziłem się z myślą że zostaniemy w tym śniegu na dłużej … pamiętam że kiedy byłem dzieckiem to w TV były tylko dwa programy a w weekendy można było oglądać tylko radzieckie filmy wojenne albo amerykańskie westerny. W radzieckich filmach bohater walczy do końca kiedy to żąda nakierowania ognia artylerii na własne pozycje a w westernach walczy do końca kiedy to przy dźwiękach trąbki przybywa kawaleria. Kawaleria, czyli pług, konwojowała dyliżans, czyli autobus rejsowy Supratours do Quarzazate. Może 30 minut później następny pług, jadący w przeciwnym kierunku przetarł drogę. Byliśmy wolni ;-) Cztery godziny walki, przejechane kilometry, przemoczone buty i dobry uczynek –oto bilans dnia, mogło być lepiej ale w starciu z klątwą flaminga poszło i tak nieźle. A, i Grażdanka też się nauczyła że o pewnych zwierzakach w samochodzie nie należy mówić, nigdy!
Ruszamy na północ – tym razem bez przeszkód. Jeszcze tylko raz zatrzymują nas policjanci z jadącego z naprzeciwka samochodu – pytają czy wszystko w porządku. Wszystko w jak najlepszym – zjeżdżamy z gór, w nocy błądzimy w Marrakechu i w końcu wyjeżdżamy na drogę do Agadiru… Za Marrakechem kończy mi się bateryjka – jestem zmęczony i jazda przestaje być bezpieczna. Ogłaszam że dalej nie jadę. Wiem że to nie jest najbardziej zespołowe zagranie, ale mam to gdzieś – zmęczony kierowca to proszenie się o kłopoty. Zatrzymujemy samochody przy drodze w małym miasteczku, rozkładamy śpiwory i … ostatecznie jednak śpimy w samochodach.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (11)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (2)
DODAJ KOMENTARZ
zula
zula - 2014-10-25 16:04
Wspomnienia napisane w takim stylu ,że tragizm sytuacyjny wywołuje uśmiech czytającego - brawo!
Zdjęcia-dokument wyprawy- bardzo dobre.
 
zuzkakom
zuzkakom - 2014-10-27 07:03
Ha! Nie takiej opowiesci sie spodziewalam czytajac o "klatwie flaminga" :) ale, przynajmniej jest co wspominac, i czym sie podzielic z czytelnikami!
 
 
zwiedził 11% świata (22 państwa)
Zasoby: 278 wpisów278 173 komentarze173 2887 zdjęć2887 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
13.05.2017 - 23.07.2019
 
 
19.08.2015 - 22.07.2017