Zaczynają się góry, a my wciąż w dobrych nastrojach posuwamy się na południe. Kawka przy drodze, fotki na poboczu – luz, wakacje i świetny humor. Może tylko mandarynek zaczyna brakować, ale to przeżyjemy. Zaczyna się ochładzać, ponownie zaczyna padać deszcz, później śnieg z deszczem, śnieg.. Cieszymy się jak dzieci – Afryka i śnieg … idioci ;-) Śnieg zaczyna padać coraz mocniej, wycieraczki pracują w pocie silniczków … Nie przeczę, wygląda to trochę surrealistycznie – na poboczu zarośla opuncji pokryte coraz grubszą warstwą śniegu. Dojeżdżamy do Taddart i stajemy w ogonku samochodów. Posuwamy się do przodu bardzo wolno – nie wiemy że tak naprawdę każde kilka metrów to po prostu samochód który zawrócił. Wciąż jeszcze humory dopisują bo przecież to niecodzienna okazja porzucać śnieżkami w czasie wakacji w Maroko. Samochody stoją, wycieraczki i dmuchawy pracują pełną mocą, jeszcze mamy nadzieję że za chwilę ruszymy. Tak jakoś zupełnie nam uciekło że śnieg+droga+góry …to mogą być kłopoty. Wybawiwszy się na śniegu postanawiam sprawdzić jak daleko sięga korek. Okazuje się że całkiem blisko, może 200-300 metrów dalej drogę zamyka szlaban. Mężczyzna ubrany w strój zbliżony do jakiegoś munduru, po lingwistycznych wygibasach, oświadcza „Insz Allach” – czyli w tym przypadku że szlaban zostanie otwarty kiedy przestanie padać śnieg a to nastąpi według prognoz pogody „Insz Allach”, czyli może za dwa dni a może „Insz Allach”. Rączki bolały od rozmowy a serce kipiało gniewem – ledwo pada a tu takie problemy. No ale trudno – z władzą się nie dyskutuje, władzy się słucha. Zwłaszcza kiedy mówi po arabsku i ma karabin ;-). Ten co prawda karabinu nie miał, ale „Insz Allach” trzy razy w jednym zdaniu przekonało mnie że facet wie co mówi. Wracam do samochodów – tu następuje krótka narada i zapada decyzja że ratujemy wyjazd czyli uciekamy na ciepłe wybrzeże. Zawracamy na północ… no ale nie na darmo flamingi zacierały różowe skrzydełka … Flamingi i pelikany to potwory które przynoszą nieszczęście. Gdzieś tam wcześniej Grażdanka zapytała – a pamiętasz jak ble ble ble flamingi ble ble ble? Pamiętam, cholera, pamiętam. A może to było – o, w Quarzazate flamingi ble ble ble? Nienawidzę flamingów, one zwyczajnie przynoszą mi pecha. Flamingi, Grażdanka, ja i samochód to połączenie bardzo kiepskie. Poprzednim razem kiedy flamingi zostały wywołane do tablicy skończyło się to zakopaniem samochodu w błocie, na środku wyschniętego podobno jeziora …z 10 kilometrów od najbliższej cywilizacji, na dzień przed wylotem do domu. Kiedy Bóg jeden wie jakim cudem wykopaliśmy się z błota wyglądałem jakbym brał udział w zapasach błotnych. No ale wtedy był dzień i było ciepło. Teraz po przejechaniu kilku kilometrów stajemy w stadzie zakopanych w śniegu samochodów. Wciąż pada śnieg, samochody przed nami malowniczo poustawiane wzdłuż i w poprzek drogi, po jednej stronie ściana po drugiej stromizna opadająca kilkadziesiąt a czasami kilkaset metrów w dół… Jest super – zimno, mokro, zaczyna się ściemniać, góry i … idioci w samochodach. Nasze dwie rakiety mają oczywiście letnie opony, w dodatku prawie bez bieżnika. Ale to co wyprawiają inni… Jest nas sześcioro, trzech facetów i trzy baby co to żadnej pracy się nie boją. Trzeba w śniegu samochód pchać pod górę to pchamy – na zmianę raz jeden raz drugi. Samochody niewielkie to i jakoś to idzie, ale przed nami są kierowcy w terenówkach których pchnąć się nie da, w dodatku zazwyczaj to miejskie terenówki z gładkimi laczkami, napędem na jedną oś i miejskim kierowcą co śnieg widział tylko w TV. No i tacy goście zazwyczaj stoją na środku drogi, siedzą sobie ciepełku i czekają aż ktoś ich wypchnie. Ani ich ominąć z prawej, ani z lewej …. Wrrrrrr! Wspólnie wypychamy wielkie Audi – kierowca gazuje, jego jedyny pasażer trochę pomaga pchać … wypychamy go … podjeżdża sto metrów i … zatrzymuje się żeby zabrać pasażera … wrrrrr! Oczywiście już nie rusza… Znowu pchamy, tu jakiś samochód dostawczy ze zgrają pasażerów … my pomagamy, nam pomagają… Po jakimś czasie już tylko dziewczyny pchają – ha, mówiłem że żadnej pracy się nie boją: ja walczę za kierownicą jednego samochodu, Włodek w drugim a Rafał …taaa, Rafał ratuje marokańskiego holendra co to ledwo zrobił prawo jazdy i już wybrał się w góry z ciężarną żoną, śnieg na drodze widzi pierwszy raz a w dodatku kończy mu się paliwo. To musi być całe stado wrednych flamingów! Buty już całe przemoczone, w nogi zimno w całą resztę też, śnieg już jest wyślizgany – to nie wygląda ciekawie. Ostatnia próba – grupa Marokańczyków pcha samochód a dwóch biegnie po obu stronach podkładając pod koła samochodowe dywaniki, ot tak, żeby choć trochę przyczepności złapać. Ale to już koniec – samochód tańczy na drodze ale na tych oponach nie jest w stanie podjechać już nawet kawałka. Dupa zbita – na szczęście jesteśmy przygotowani do noclegu w górach. Staję samochodem tak żeby nie blokować drogi ale i nie oberwać jakimś spadającym z góry kamieniem i zaczynam się psychicznie przygotowywać do nocowania w samochodzie: mamy puchowe śpiwory, paliwa też sporo, jedzenie jest, wino też – nawet całkiem dobrze schłodzone ;-) – damy radę. I gdy już pogodziłem się z myślą że zostaniemy w tym śniegu na dłużej … pamiętam że kiedy byłem dzieckiem to w TV były tylko dwa programy a w weekendy można było oglądać tylko radzieckie filmy wojenne albo amerykańskie westerny. W radzieckich filmach bohater walczy do końca kiedy to żąda nakierowania ognia artylerii na własne pozycje a w westernach walczy do końca kiedy to przy dźwiękach trąbki przybywa kawaleria. Kawaleria, czyli pług, konwojowała dyliżans, czyli autobus rejsowy Supratours do Quarzazate. Może 30 minut później następny pług, jadący w przeciwnym kierunku przetarł drogę. Byliśmy wolni ;-) Cztery godziny walki, przejechane kilometry, przemoczone buty i dobry uczynek –oto bilans dnia, mogło być lepiej ale w starciu z klątwą flaminga poszło i tak nieźle. A, i Grażdanka też się nauczyła że o pewnych zwierzakach w samochodzie nie należy mówić, nigdy!
Ruszamy na północ – tym razem bez przeszkód. Jeszcze tylko raz zatrzymują nas policjanci z jadącego z naprzeciwka samochodu – pytają czy wszystko w porządku. Wszystko w jak najlepszym – zjeżdżamy z gór, w nocy błądzimy w Marrakechu i w końcu wyjeżdżamy na drogę do Agadiru… Za Marrakechem kończy mi się bateryjka – jestem zmęczony i jazda przestaje być bezpieczna. Ogłaszam że dalej nie jadę. Wiem że to nie jest najbardziej zespołowe zagranie, ale mam to gdzieś – zmęczony kierowca to proszenie się o kłopoty. Zatrzymujemy samochody przy drodze w małym miasteczku, rozkładamy śpiwory i … ostatecznie jednak śpimy w samochodach.